Trzy lata w wiosłem

Od zera do Europy

Kiedy w roku 2002 powstawał w Gdańsku Polski Klub Przygody, mało kto z jego założycieli miał o smoczych łodziach choć mgliste pojęcie. W mijającym roku smocza łódź PKP zdominowała działalność stowarzyszenia.
Klub wymyślili niezależnie od siebie młody - wówczas student - podróżnik Michał Witkiewicz i niżej podpisany. Kiedy zgadaliśmy się, że obaj myślimy o tym samym - dość prędko doszło do konkretów. W lutym 2002 roku walne zebranie założycieli powołało do życia ogólnopolską organizację zrzeszającą ludzi, którym bliski jest aktywny i niebanalny sposób życia. Początkowo głównym nurtem działalności klubu były spotkania z podróżnikami i wspieranie organizacyjne młodzieży pragnącej nimi zostać. Pod flagą z kompasem wyruszały też w świat wyprawy podejmowane przez znanych z wielu globtroterskich osiągnięć członków klubu: Romualda Koperskiego, Janusza Bochenka, Michała Kochańczyka, Kubę Jakubczyka. Na co dzień zaś każdy z klubowiczów oddawał się swoim pasjom,
Aż nadszedł dzień, kiedy w życie klubu
wtargnęły smocze łodzie
To było pospolite ruszenie, kiedy w tymże 2002 roku na hasło "smocze łodzie w Malborku" postanowiliśmy posmakować czegoś nowego. Spodobało się! Mimo przypadkowo zebranej ekipy, braku treningu i zgrania - łódka, choć dość rozpaczliwie, płynęła do przodu i już z tego mieliśmy sporo satysfakcji. Za rok spróbowaliśmy więc znowu. I przyszedł pierwszy sukces: wróciliśmy z pucharem za piąte miejsce. To ośmieliło nas do udziału w głównej imprezie sezonu: dorocznych regatach dominikańskich w Gdańsku. Niemal dwadzieścia osad, w tym kilka z Niemiec: widząc je w akcji wytrzeszczaliśmy oczy - to była całkiem inna półka, niczym ktoś z kosmosu. I rzeczywiście - dzieliły nas wówczas od nich niemal lata świetlne! "Mimo czternastej lokaty, z optymizmem patrzymy w przyszłość" - skwitowaliśmy rzecz na naszej stronie w internecie - lecz czy ktokolwiek przeczuwał co wkrótce może się wydarzyć?
Chcemy wyżej
W sezon 2004 wkroczyliśmy z postanowieniem podjęcia regularnych zajęć. Była już w miarę stała grupa ok. 15 osób, które wciągnęła smocza rywalizacja. Na przystani klubu Wiking spotykaliśmy się raz w tygodniu, i pływaliśmy po Motławie pod fachowym okiem samego prezesa federacji, Włodzimierza Schmidta oraz drugiego z pionierów tego sportu w Polsce - Henryka Kowalewskiego.
W takich okolicznościach nasz poziom musiał rosnąc. Jak bardzo, okazało się w - szczęśliwym dla nas - Malborku. Przywieźliśmy dwa puchary: za drugie miejsce w "generalce" oraz za triumf w mikstach! Nooo... zaczynało się robić poważnie: poczuliśmy smak zwycięstwa.
Ale... pływaliśmy wciąż w kategorii Fun - czyli amatorów. Gdzie nam tam było do tzw. zawodowców, czyli dwóch wówczas tylko osad pływających na poziomie sportowym. Co zrobić by wspiąć się tam, wyżej?
Dumałem nad tym w dalekim Szanghaju, gdzie w październiku 2004 roku towarzyszyłem polskiej reprezentacji na Mistrzostwach Świata. To było coś! Wielka impreza, dwadzieścia kilka uczestniczących krajów, ponad dwa tysiące zawodników. Juniorzy, seniorzy, weterani. I jeszcze amazonki (czyli kobiety, które zwyciężyły raka piersi) - na dokładkę. Oprawa godna igrzysk: dwugodzinna ceremonia otwarcia, 40 minut fajerwerków, bezpośrednia (i powtarzana potem) transmisja w telewizji, no i codzienne relacje z zawodów. Spora część monstrualnie wielkiego miasta oblepiona okolicznościowymi bilboardami i flagami, które oglądaliśmy co dzień jadąc na wspaniały tor regatowy nowiutkim autokarem, jednym z całej flotylli pojazdów przydzielonych poszczególnym ekipom.
No cóż - Chiny to ojczyzna smoków...
Polskich sukcesów nie było, ale...
Nowa era
Był początek lutego 2005, kiedy w zimnej salce gościnnej przystani Wikinga spotkało się kilkanaście osób plus... dwóch zawodników właśnie tego klubu. Bartek Wiśniewki - absolwent AWFiS i Łukasz Wojda, jeszcze student - podjęli się spróbować zrobić z nas poważny zespół. Cel był szalony: w sierpniu zaplanowane były Klubowe Mistrzostwa Europy. A my, wciąż amatorzy, chcieliśmy tam, do Berlina, pojechać!
Zaczęła się ostra praca. W siłowni i podczas biegów po trójmiejskich wzgórzach, a od kwietnia już na wodzie - walczyliśmy ze swą słabością, jednocześnie walcząc z czasem. Wszak mieliśmy tylko pół roku... Skromna początkowo grupka trenujących zwolna się powiększała. Ludzie przychodzili, niektórzy się wykruszali, ale większość zostawała. Jednak wciąż, aż do czerwca, uzupełnialiśmy skład. Nie poddaliśmy się w licznych momentach zwątpienia - jak choćby wtedy, gdy na dwa miesiące przed Berlinem brakowało nam trzech zawodniczek do minimum ośmiu wymaganych do miksta. W sumie w trakcie przygotowań przez klub przewinęło się niemal 50 osób. Około 30 - pozostało.
I ta droga przez mękę w kołataniu do potencjalnych sponsorów... Sam łączny koszt uczestnictwa w imprezie 26 osób to było ponad 11 tys złotych. Ostatecznie udało się zdobyć niemal połowę na to środków, ale resztę oraz koszt całego sprzętu (stroje i wiosła), podróży, a także koszty sześciomiesięcznych treningów pokryliśmy z własnych składek.
Po drodze - wzloty i upadki na krajowych torach. Od pierwszych zawodów chwalono nas za zgranie i technikę. Jednak ekipie złożonej z ludzi w różnym wieku (14 - 48) i niemal w stu procentach nie uprawiających dotąd wyczynowo sportu - trudno było walczyć z osadami złożonymi z m.in. byłych kajakarzy, które akurat w tym sezonie pojawiły się na smoczej mapie Polski. Stąd - bywało różnie, i wyruszając na podbój Europy - tak naprawdę to nie chcieliśmy tylko być ostatni...
Z czym wróciliśmy?
Ósme miejsce na 200 metrów. Siódme - na 2000. No i szóste - a więc płynęliśmy w Wielkim Finale! - na dystansie 500 metrów. W tej ostatniej konkurencji wygraliśmy swój przedbieg i z pozycji już finalisty spokojnie przyglądaliśmy się, jak w repasażach walczą o awans mocne kluby z Niemiec, Czech czy Włoch.
Sen to, czy jawa? - szczypaliśmy się nawzajem, ale obraz nie znikał...
Wróciliśmy szczęśliwi oraz z... zaproszeniem na wielkie regaty we Włoszech. Trzy tygodnie później dwie trzecie zawodników z berlińskiej ekipy, wzmocnione kilkoma ludżmi z Wikinga i warszawskiej Spójni ruszyło do włoskiego Trentino. I co? Veni, vidi, vici! Pobili 25 innych osad, w tym czeską, która w Berlinie była od nas lepsza.
Ufff.... Te sukcesy mogły zawrócić w głowie. Ale.. wkrótce już sprowadzono nas na ziemię. W historycznych, bo pierwszych mistrzostwach Polski, które na dodatek rozegrano w Gdańsku - nie dane nam było sięgnąć po medale. Dwa czwarte miejsca... Na pociechę - w ostatnich regatach sezonu wygraliśmy długodystansowego miksta - na 5000 metrów.
Co dalej?
"Dalszy dynamiczny rozwój". Chcemy by było nas więcej, chcemy powołać ekipę juniorów. Starsi z nas przemyśliwują o stworzeniu osady w kategorii Senior, gdzie dolną granicą wieku jest "czterdziestka". Marzymy o własnej łodzi, która te plany uczyniłaby realnymi. Inaczej - zniweczą je koszty.... Główny cel sportowy na ten sezon? Mistrzostwa Świata w Toronto! I tyle na ten temat - aby nie zapeszyć...
Myśląc o sporcie - nie chcemy zapomnieć o rekreacji. Jest sporo osób, którym nie odpowiada wyczyn. Dla nich tez jest miejsce w naszej smoczej rodzinie. To ma być byt otwarty, w którym każdy chętny znajdzie swój własny sposób na relaks na wodzie. Tak jak otwarty jest na nowe pomysły i formy aktywności cały Polski Klub Przygody, któremu raczej nie grozi "połkniecie" w całości przez żarłoczne smoki.
24 02 2006
Janusz Czerwiński
www.klubprzygody.pl

dodal: cejot (1 marca 2008)

Strona gł | O nas | Smocze łodzie | Wędrówka z muzą | Autostop | Forum | Szukaj | Archiwum | Kontakt

Copyright © 2002-2017 Polski Klub Przygody

Wszelkie uwagi dotyczące działania strony prosimy przesyłać do Administratora strony